wtorek, 4 marca 2014

Bitwa o miasto na jeziorze - recenzja




Pewnie każdemu z was zdarza się udać do sklepu, żeby coś kupić, a w rezultacie nabyć coś innego, czego zupełnie nie planowaliście. Tak było w moim przypadku z „Bitwą o miasto na jeziorze”. W planach miałam kolejną część „Cieni Mrocznej Puszczy”, a gdy wychodziłam ze sklepu, w mojej torebce znajdowała się zupełnie inna talia. Co mnie skusiło? Efektowny obrazek, ale też odmienność tej przygody od pozostałych.

„Bitwa…” to zupełnie inny typ przygody od tych, które wcześniej były dostępne. Nie ma tu nowych kart drużyny, nowych bohaterów, są wyłącznie karty związane z tą przygodą. Nowością zupełną jest talia wroga – Smauga. Historia bowiem dotyczy jego ataku na Dale i prób powstrzymania go oraz zabicia przez graczy. Smaug jest potężnym przeciwnikiem, a miasto wokół płonie. Chodzi więc nie tylko o to, żeby ukatrupić gada, ale też by ochronić Dale przed spłonięciem. Tylko wykonanie obu tych celów gwarantuje sukces.

W zasadniczej talii nie ma wrogów – są tylko lokacje i wydarzenia. Na starcie gry układamy jedną lokację, która będzie tam przez cały czas – Miasto na Jeziorze. Kolejne wydarzenia sprawiają, że pożar się będzie rozprzestrzeniał. Zaznaczamy to poprzez układanie na Mieście żetonów obrażeń. Kiedy ich liczba przekroczy pięćdziesiąt, miasto idzie z dymem, a my przegraliśmy. Tu od razu się przyczepię do pewnej rzeczy. Poza zestawem podstawowym „Władcy Pierścieni LCG”, nie wydano żadnego dodatku, w którym znajdowałyby się nowe żetony. Do tej pory wydawało się to niepotrzebne, ale ten dodatek wymaga zdecydowanie więcej żetonów obrażeń niż jest w grze. Najlepiej wziąć je z innych gier – ja wykorzystałam żetony zdrowia ze „Znaku Starszych Bogów”.

Jedynym wrogiem, z jakim trzeba będzie walczyć, jest Smaug. Jego talia liczy dziewięć kart, po trzy z każdego rodzaju – Smaug Wspaniały, Smaug Straszliwy i Smaug Potężny. Różnią się one cechami (ale za każdym razem są one wysokie) i zdolnością specjalną oraz poziomem zagrożenia. Co turę gracze losują kolejnego Smauga i decydują, czy będą z nim walczyć czy pozwolą mu atakować miasto. Jedno i drugie jest bardzo ryzykowne, bo Smaug bez trudu zabija nawet silnych bohaterów, a miasto pali się jak zapałka.

Talia wyprawy składa się z trzech kart. Pierwszą należy przebyć jak najszybciej, w drugiej można się pokusić o zmniejszenie skutków pożaru, a w przypadku trzeciej chodzi o zabicie Smauga. Ma on 20 punktów zdrowia, a niektóre z jego kart zmniejszą liczbę posiadanych obrażeń. Tak, nie bez kozery w Internecie pisze się o tym scenariuszu jako o jednym z najtrudniejszych, jakie powstały do gry. Po raz drugi natomiast w tej grze (po „Wzgórzach Emyn Muil”) zetknęłam się tu z bardziej kreatywnym wykorzystaniem punktów zwycięstwa, które wreszcie mają jakieś znaczenie dla rozgrywki.

I tu dochodzimy do tego, co w przypadku mojego bloga najistotniejsze – do kwestii gry jednoosobowej. Podchodziłam do tego scenariusza wszystkimi taliami w wariancie solowym, także nawet z czterema Gandalfami w talii i opcją bez kart cienia. Ale nawet wtedy nie dało się tej przygody przejść. W wersji gry jedną drużyną jest ona po prostu niemożliwa do zaliczenia. Tak więc, jeśli już, to kupować ją jest sens tylko wówczas, jeśli grając sami używacie dwóch drużyn – co w końcu zabronione nie jest. Ale nawet przy grze dwiema drużynami szanse na przegraną nie są niskie. Ta przygoda jest bezlitosna i do samego końca nie wiadomo, czy uda się ją wygrać.  

W talii nie ma żadnych nowych kart dla graczy. Te, które są, wykonano na średnim poziomie graficznym i są dość monotonne. Karty Smauga prezentują głównie tylko fragmenty bestii, natomiast większość kart przygody pokazuje lokacje w Dale, płonące albo nie. Jest wśród nich zaledwie jedna karta przedstawiająca jakąś postać – Stary Drozd, który może pomóc drużynie w walce ze smokiem. Jednak wydaje mi się, że karty do tego dodatku projektowano na szybko, dlatego nie robią dużego wrażenia.  

Kupując „Bitwę…” dobrze się zastanówcie. To nie jest zła czy nieudana przygoda. Jest ekscytująca i trzyma w napięciu. Po prostu znam ludzi, którzy nie lubią trudnych rozgrywek i denerwuje ich, kiedy zbyt często przegrywają. A w tej przygodzie będzie się to pewnie często zdarzało. Dlatego kupcie „Bitwę…” wówczas, jeśli po prostu chcecie się zmierzyć z prawdziwym wyzwaniem. Pod tym względem ta przygoda nie zawodzi. Odradzam także kupowanie tego scenariusza tym, którzy mają samą grę podstawową. Talie z niej będą prawie na pewno za słabe, żeby sobie z nią poradzić. Dopiero wzmocnione o kilka (tak, kilka!) dodatków dają realne szanse na zwycięstwo ze Smaugiem. Ale nawet wówczas nie czujcie się zbyt pewni.

1 komentarz:

  1. Przeczytałem wszystkie wpisy na temat Władcy Pierścieni i muszę powiedzieć, że przekonały mnie do zakupu tej gry. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń